Dzień wyczekiwany…

1 dzień czerwca - dzień wyczekiwany przeze mnie od dawna. Tak naprawdę od kilku lat. Tego dnia rozpoczynam swoją motocyklową wyprawę na Bałkany. Moim kompanem jest Marcin, mieszkaniec Wodzisławia Sląskiego, którego poznam dopiero na granicy Polsko – Czeskiej , a konkretniej w Cieszynie…

5:30 – po raz pierwszy zabrzmiał mój budzik. To właśnie wtedy narastająca adrenalina miała dać mi dość motywacji i energii, bym w pełnym skupieniu mógł szczęśliwie dojechać nad węgierski Balaton (ok. 800 km). Niestety jest wręcz przeciwnie. Nieprzespana noc, znużenie, za oknem ulewa, na termometrze 12 stopni. Nie tak miał wyglądać mój wymarzony urlop! Systematycznie przestawiam budzik – co równą godzinę, wierząc że deszcz ustanie, albo chociażby zamieni się w mżawkę. Udaje się. Ostatecznie wyjeżdżam z Kalisza w okolicach godziny 9:00. Już nie pada a mży, na ten moment mam nieco ponad 2h poślizgu. Marcin jest poinformowany o moim opóźnieniu. Jadę. Jestem trochę skołowany, ale ani przez moment przez głowę nie przechodzi mi myśl, aby zrezygnować. Szybko wskakuje w przeciw deszczówki, znów rozpadało się na dobre! Momentami jazda jest niemożliwa, staję w lesie i klnę w niebogłosy próbując spojrzeć w niebo . Bezskutecznie. Początkowo lecę krajową 11, potem kieruję się na Strzelce Opolskie na autostradę A4. Dojazd do umówionego z Marcinem miejsca zajmuje mi ponad 6h.

W okolicach godz. 15 na stacji benzynowej poznaje się z Marcinem – kompanem, z którym przejadę kolejne 4 tys. km :) Mamy kilka godzin opóźnienia, tak więc szybko weryfikujemy plany na pierwszy nocleg. Przez chwilę omawiamy alternatywę jazdy na Wiedeń. Pogoda wciąż krzyżuje nam plany. Postanawiamy jechać wg wcześniejszych ustaleń, szacując czas dojazdu nad Balaton w granicach godz. 21-22. Opady towarzyszą nam do samej Bratysławy, dla mnie to blisko 600 km w deszczu. Jednak im dalej od domu tym jakby cieplej, powietrze mniej wilgotne i przyjemniejsze. Sprawnie, chodź mocno wychłodzeni docieramy nad Balaton kilka minut przed godz. 21. W ostatniej chwili wpadamy do marketu po węgierską wódkę. Bezskutecznie szukamy kwater, ostatecznie meldujemy się na campingu. Z uśmiechami na twarzach zrywamy banderolę z wyskokowego trunku, przestając nagle odczuwać trudy mijającego dnia. Z zapałem przy flaszuni i piwie planujemy kolejny dzień wyprawy, następnie gadamy o wszystkim i o niczym – jak to przy wódce, niczym kumple sprzed 10 lat :) W okolicy 3 nad ranem zasypiamy w namiotach…

Z Balatonu nad Zadar

9:00 – Wymeldunek z campingu. Sprawnie regulujemy kwestie płatnościowe, robimy kilka pamiątkowych zdjęć i zmierzamy dalej wiedząc, że nad Balaton wrócimy w drodze powrotnej. Przed wjazdem na autostradę, która poprowadzi Nas do samego Zagrzebia, zaglądamy na stację. Tankujemy do pełna, ja robię małe zakupy. W miejscowym barze motocyklowym Marcin kupuję dwa espresso. Tego nam trzeba było. Po niecałym kwadransie kierujemy się na węgierską autostradę. Szybko docieramy do Zagrzebia, który mijamy autostradą z prawej strony. Równie sprawnie dojeżdżamy do znajdującego się nieopodal Karlovaca, w którym zatrzymujemy się na Bałkański obiad.

Jesteśmy niemal na półmetku dzisiejszej trasy, przed nami jeszcze 250 km. W pewnym momencie jazda autostradą jest na tyle nużąca, że na sygnał Marcina zjeżdżamy na jedną ze stacji benzynowych, żeby chwilowo „podładować baterie”. Po nie więcej jak 20 minutach ruszamy dalej. Im bliżej morza tym znacznie cieplej – wreszcie po raz pierwszy widzimy Adriatyk! Do Zadaru docieramy niespełna 30 min przed zachodem słońca, podziwiając zanurzający się w morzu mocno pomarańczowy słoneczny obłok. Cieszymy się. Kolejne 500 km za Nami, teraz już tylko jazda Magistralą Adriatycką.

Po zachodzie słońca, znajdujemy jeden z większych (niestety też droższych) w Zadarze Campingów. Okazuje się, że tego weekendu odbywa się tutaj festiwal muzyki metalowej. Wbijamy na camping. Wprawdzie średnio tu pasujemy, dookoła dominują czarne T-shirt i glany, ale staramy się szybko wkomponować w tłum :) Rozbijamy obozowisko, co zajmuje nam jakieś 20-30 min. Decydujemy, że miejskie uroki Zadaru nocą, poznamy z perspektywy kanapy motocyklowej. Parkujemy w samym centrum, następnie przechadzamy się tamtejszą starówką. Zaczynam coraz bardziej czuć turystyczny klimat wybrzeża. Super. Po pewnym czasie dochodzimy do wniosku, że czas wracać do „obozu”. Po drodze obowiązkowo odwiedzamy miejscowy sklep spożywczy, kupujemy piwko i wracamy na pole namiotowe i tamtejsze molo ;) Na mnie piwka zadziałały usypiająco, godzina 1-2 melduję odlot w namiocie, tak kończy się kolejny dzień. Świetny dzień.

Wzdłuż Magistrali Adriatyckiej

Dziś ruszamy do Makkarskiej, przed Nami 270 km Magistralą Adriatycką. Standardowo wyruszamy z campingu z małym poślizgiem czasowym. Niestety brak kufra w i ciągłe mocowanie linkami tylnej torby, zajmuje mi sporo czasu. Po sprawnym przesmarowaniu łańcuchów powoli opuszczamy Zadar.

Pokonanie tego stosunkowo krótkiego odcinka, zajmuje Nam wyjątkowo dużo czasu. Nie mniej pędzenie taką trasą to grzech. Co jakiś czas zatrzymujemy się na „dzikich” tarasach widokowych, podziwiając malowniczą okolicę. Na wąskich i krętych drogach nie jedziemy szybciej jak 80 km/h. Tego dnia przejeżdżamy m.in przez Vodice, Sibenik, mijamy malowniczy Primosten oraz urokliwy Trogir. Niestety nie mamy zbyt wiele czasu, aby w każdym miasteczku zagościć na dłużej. Z reguły dojeżdżamy do portów, deptaków lub starówek. Kończy się na kilku pamiątkowych zdjęciach, po czym jedziemy dalej. Widoki są naprawdę przednie. W odwiedzanych przez Nas miejscowościach widać, że trwają jeszcze ostatnie przygotowania przed rozpoczęciem sezonu wakacyjnego. Deptaki, starówki jak i kawiarnie są raczej średnio zapełnione, ale w pewnych momentach uznawaliśmy to za atut. Po drodze mijamy także Split, podziwiając panoramę miasta z siodła motocykla. Przejeżdżamy również przez Omiś oraz Baskę Vodę, oddalone odpowiednio o 60 i 20 km od Makkarskiej. Tutaj wrócimy w kolejnych dniach planując 2-3 dniowy pobyt w Makarskiej.

W pewnym momencie całkowicie tracę rachubę poczucia czasu. Nie mniej w Makarskiej meldujemy się na tyle szybko, by jeszcze skoczyć na plażę :) Nocleg znajduje Nas sam. Sympatyczny Pan biegle operujący językiem polskim, proponuje nam Nam świetnie położoną kwaterę za 15 euro – bierzemy od razu na 2 noce, mając w planach 2 dni leniuchowania. Marcin prędko leci na plaże, ja niestrudzony wskakuje w t-shirt, krótkie spodnie i… kręcę się po malowniczym miasteczku – rzecz jasna motocyklem. Poezja. Wiedząc, że w Makarskiej będziemy dłużej, robię przy okazji większe zakupy w markecie.

Po pewnym czasie zaopatrzony w zimne piwa, odnajduje Marcina na plaży – także z piwkiem :) Dzień błogo zlatuje nam w wakacyjnej atmosferze. Wieczorem na kwaterze obalamy flaszkę, udajemy się w miasto i tym samym kolejny dzień wyprawy zaliczamy do totalnie udanych.

Lenistwo na Riwierze Makarskiej

Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, sporo czasu spędzamy na plaży, miejskich przechadzkach oraz na poznawaniu okolicy. Udajemy się na zwiedzanie Omiśa oraz położonej nieopodal turystycznej Baśki Vody. Sentymentalne dla Marcina z jego poprzednich podróży zakątki Omisia, są dla mnie czymś nowym. W Omiśu spacerujemy starówką, wcześniej zaglądamy również na plażę.

Tego dnia nakręcamy raptem 120 km. Wieczorem na starówce sączymy lokalne piwka, obmyślając kolejny dzień wyprawy do Bośni i Hercegowiny, konkretnie do Mostaru. Niestety zapowiadane prognoza pogody zwiastują nocne burze i mocne ulewy, jesteśmy trochę zaniepokojeni…

Hercegowina na celowniku

Faktycznie. W nocy dają się we znaki głośne pioruny i mocne opady deszczu. Leje do białego rana. Jest ciepło, ale mokro. Ze słonecznej, upalnej pogody w zaledwie 24h na niebie zrodziło się piekło. Nieco opóźniamy Nasz wyjazd do Bośni, nie mniej nie dalej jak o 10 przed południem opuszczamy Makarską.

Początkowo bez przeciw deszczówek, nie mniej do czasu. Większe i mniejsze opady towarzyszyły Nam niemal przez całą drogę, z czego przy samym Mostarze lunęło na dobre. Jest mega ślisko, więc jedziemy nie tylko wolno, ale i uważnie. Po pewnym czasie deszcz ustaje, w mgnieniu oka robi się sucho, z kolei my trafiamy na stare miasto w Mostarze. Sam dojazd do Mostaru pomimo zmiennej pogody, był całkiem przyjemny. Droga niezła, grunt że malownicza i pełna zakrętów, a zatem mowy o nudzie nie było. Mimo, że jesteśmy od Chorwacji raptem 80 km, krajobraz zmienia się dość znacząco. Sprawnie docieramy do centrum Mostaru (nieformalna stolica Hercegowiny), z kolei tam podziwiamy niniejsza starówkę. Mostar to kawałek „krwawej” historii.

Od marca 1992 roku Mostar znajdował się w granicach niepodległej Bośni i Hercegowiny. Jednak w maju 1992 roku rozpętały się bratobójcze walki. W mieście toczyły się najpierw walki Bośniaków i Chorwatów przeciwko Serbom, a następnie, od maja 1993 roku, Chorwatów z Bośniakami. Przez 10 miesięcy Chorwaci oblegali wschodnią część miasta zamieszkaną przez bośniackich muzułmanów. Miasto jest pod międzynarodowym nadzorem i pozostaje podzielone na dwie niechętne sobie części – bośniacką (muzułmańską) i chorwacką. Jeszcze pięć lat po wojnie miasto nie było bezpieczne. Od zakończenia wojny w 1995 roku miasto jest odbudowywane, głównie przy pomocy finansowej UNESCO i Unii Europejskiej. Zniszczenia i ślady wojny są jednak wciąż wyraźnie widoczne. Z pewnością warto odwiedzić Mostar będąc „w pobliżu”.

Dubrovnik – Perła Adriatyku

Po zwiedzanie Mostaru, udajemy się do oddalonego o blisko 180 km Dubrovnika. Znów wracamy nad Adriatyk. Do Dubrovnika docieramy w okolicach godz. 19. Prędko znajdujemy z Marcinem położony nieopodal starówki nocleg (pierwszy lepszy – 20€ ze śniadaniem). W zaledwie kilka chwil kwaterujemy się u gościnnego Chorwata, by jeszcze przed zmierzchem po przechadzać się wąskimi uliczkami starówki Dubrovnika.

Nie są przesadą powszechne zachwyty urokami Dubrovnika. Zabytkowa starówka z niewielkim portem oraz setki wąski uliczek, nadają temu miejscu wyjątkowego klimatu. Ostatecznie nie opieramy się pokusie skosztowania kilku miejscowych browarów, wpatrując się w dryfujące w porcie jachciki. Dubrovnik pozostawia w Nas swojego rodzaju niedosyt. Czas nas goni… Niestety spędzamy tutaj raptem świetny wieczór, bowiem następnego dnia, czeka już na Nas czarnogórskie wybrzeże. Pozostaje niedosyt, ale liczę że jeszcze kiedyś tu wrócę…

Chłopaki w Czarnogórze

Dubrovnik był ostatnim celem, jaki mieliśmy zamiar osiągnąć przed opuszczeniem Chorwackiego wybrzeża. Teraz przed Nami kilka dni błogiego lenistwa w Budvie. Dubrovnik opuszczamy sprawnie i szybko, kierując się Magistralą Adriatycką do granicy Chorwacko-Czarnogórskiej. Granice podobnie jak w większości przypadków, tak i tutaj – mijamy bardzo sprawnie.

Przed nami Zatoka Kotorska, której krajobraz przypominający fiordy północy, został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Objeżdżając zatokę przejeżdżamy liczne miejscowości, co jest dla Nas dość męczące. Ciągłe spowolnienia ruchu, ograniczenia prędkości, wąskie i kręte drogi. Nie jedziemy szybciej jak 60 km/h, w dodatku słońce operuje nad Nami niesamowicie mocno. Krótki w tym dniu do pokonania dystans, jest dla Nas stosunkowo nużący i męczący. Całe szczęście wszystko rekompensują malownicze krajobrazy. W godzinach południowych meldujemy się w Budvie, która uznawana jest za najbardziej rozrywkowy kurort Czarnogóry. Po stosunkowo niedługich poszukiwaniach znajdujemy dobrze zlokalizowaną kwaterę, za którą płacimy 12,5 euro za noc od osoby. Kwaterując się, doskonale wiemy, że przed nami kilka dni odpoczynku i leniuchowania. W planach mamy plażowanie, obijanie się i poznawanie malowniczej okolicy z perspektywy kanapy motocyklowej.

Czarnogóra – serce Bałkanów

Jest dokładnie tak, jak sobie wyobrażałem. Od rana kąpiele słoneczne, kręcenie się po nadmorskiej promenadzie, z kolei wieczorami gdy temperatura spadała, przejażdżki po malowniczych okolicach. Nic dodać nic ująć. Będąc w Czarnogórze, „aktywnie” spędzamy niemal każdy wieczór, przechadzając się promenadą lub pomiędzy murami starego miasta. W tak sielankowej atmosferze mijają kolejne dni, które zaplanowaliśmy na pobyt w Budvie…

Jako że Chorwacja cieszy się w Polsce niesłabnącą popularnością, warto pochylić się nad nie tak rozsławioną, aczkolwiek mającą sporo do zaoferowania turystom – Czarnogórą. Wprawdzie zaczerpnięty przez Marcina cytat z internetowego forum określający Czarnogórę mianem „Chorwacji z domieszką PRL-u” wpasowuje się momentami idealnie w czarnogórskie otoczenie, nie mniej „Czarna Perła Adriatyku” przyciąga nad swe ciepłe morze coraz większe rzesze turystów. Bez problemu można zaobserwować, że Czarnogórcy stawiają na intensywny rozwój turystyki, z kolei na podstawie swoich skromnych spostrzeżeń przewidujemy, że za kilka lat do Czarnogóry będą masowo ściągać m.in polscy turyści. Czarnogórę oceniamy pozytywnie, chodź z położoną na północ Chorwacją dzieli ją dość sporo. O ile przepełnienie niemieckimi, włoskimi oraz francuskimi turystami w Chorwacji stanowi normę, o tyle w Czarnogórze wraz z początkiem Czerwca, niemal całkowitą część turystów stanowili jedynie czarnogórcy i My. Bez dwóch zdań czujemy uciechę, że dotarliśmy aż tutaj i mogliśmy delektować się tutejszym klimatem oraz atmosferą. Czarnogóra ma piękne i wciąż prężnie rozwijające się wybrzeże. Nie zmienia to jednak faktu, że chociażby sama Europa ma na tyle wiele innych interesujących miejsc, że powrotu do Czarnogóry zbyt prędko nie planujemy. Z kolei wam, gorąco ją polecamy. Będziecie oczarowani!

 

Rzut oka na Albanię

W trakcie kilku dniowego leniuchowania nad Czarnogórskim Adriatykiem, postanowiliśmy zorganizować jednodniowy wypad do oddalonej o niecałe 90 km od Budvy Albanii. W planach mieliśmy dotrzeć do przygranicznej miejscowości Skhoder, która stanowi największy ośrodek gospodarczy i kulturalny w północnej części Albanii (90 tys. mieszkańców).

Albanię ciężko oceniać z perspektywy jednodniowego wypadku, nie mniej zgodnie uznaliśmy, że jest to kraj specyficzny, gdzie w pewnym momencie „kończy się” znana nam wszystkim Europa. W Albanii było potwornie gorąco! W zasadzie z motocykli schodzimy tylko wtedy, kiedy musieliśmy (czyt. pamiątkowa fotka). Zjechaliśmy kilka głównych, ale też i bocznych ulic Skhoder, docierając także na główny „deptak” miasta, który skrajnie różnił się od pozostałej części miejscowości. W międzyczasie wpadaliśmy na pomysł dotarcia do wybrzeża adriatyckiego, także po stronie Albanii. Po blisko 40 km lądujemy w miejscowości Velipoje. Boimy się zostawiać motocykli, tak więc docieramy nimi niemal nad samą plażę. Szybko uzupełniamy płynny, pstrykamy pamiątkowe fotki i… czujemy że czas zawijać. Upał daje się we znaki. Po kolejnych 120 km wracamy do Budvy.

To Nasza ostatnio noc, nazajutrz powrót do domu… Nocą wyskakujemy jeszcze na ostatni czarnogórski browarek, licząc że droga powrotna minie nam nie tylko sprawnie, ale przede wszystkim bezpiecznie…

Podróż dobiega końca

Po 9 dniowej włóczędze po Bałkanach, stanęliśmy przed widmem powrotu do domu. Poranne cyknięcie budzika dość żwawo stawia nas na nogi, pomimo że była to dość kiepsko przespana noc. Sprawnie montujemy bagaże na motocykle, ostatni rzut oka na Budve i… Przed nami około 1.800 km drogi powrotnej, na którą wedle pierwotnych ustaleń daliśmy sobie 2 dni.

Mimo że od Budvy do Dubrovnika w okolicach którego możliwy jest zjazd na autostradę, jest raptem 120 km, to jest to bardzo trudny odcinek drogi, na który schodzi nam stosunkowo dużo czasu. Za Dubrovnikiem wpadamy na autostradę i mozolnie liczymy kilometry do Balatonu, na którym zaplanowaliśmy nocleg. W okolicach Zagrzebia pogoda przechodzi załamanie. Jest znacznie chłodniej, zaczyna kropić deszcz, nie mniej niestrudzony obiecałem sobie, że w przeciw deszczówki na tym wyjeździe już więcej „nie wskoczę”. Im bliżej granicy z Węgrami, tym ruch na autostradzie zdecydowanie mniejszy, z kolei chmury coraz ciemniejsze. Niestety lunęło na dobre. Deszcz jest tak rzęsisty, że bez zastanowienia zjeżdżam na pobocze. Kompletnie nic nie widać! W lejącym deszczu sprawnie wyciągam przeciw deszczówki. Momentalnie jestem mokry, podobnie jak i niezabezpieczone torby. Na szczęście po kilku chwilach deszcz lekko słabnie, możliwa jest jazda przy 70 km/h. Na autostradzie doganiam Marcina, który zauważywszy moją nieobecność czekał pod jednym z mostów przecinających autostradę. Deszcz naprzemiennie pada, przestaje padać, mży. Takie warunki towarzyszą nam do samego Balatonu przez kolejne 200 km. W okolicach godziny 21-22 meldujemy się nad Balatonem. Za nami ok. 12h jazdy. Pogoda nie sprzyja biwakowaniu na polu namiotowym, tak więc od razu wynajmujemy apartament u miłej starszej Pani. Po znalezieniu kwatery, niestrudzony Marcin mknie jeszcze na stację benzynową po kilka puszek piwa. Po przejechaniu około 1.100 km, zimne lokalne piwo należy się każdemu bikerowi!

Kolejny dzień to już powrót do ukochanego domu :-) Przede mną jedyne 750 km, przed Marcinem nieco mniej. Sprawnie docieramy do granicy Polskiej. Na jednej ze stacji benzynowych dziękujemy sobie z Marcinem za wspólne 12 dni, 4.500 tys przejechanych km, sporo wypitego piwa i wielką przygodę, na którą czekaliśmy tyle długich miesięcy. Po zatankowaniu maszyn, jeszcze jakiś czas jedziemy razem. W pewnym momencie rozjeżdżamy się na jednym ze skrzyżowań, teraz już osobno, każdy w swoją stronę… Dziwnie.

Jeszcze ostatni raz szybko zerkam na mapę, nerwowo spoglądając na zegarek. 12 czerwca, dziś mecz Euro 2012 Polska – Rosja. Zależy mi aby dotrzeć do domu na transmisję meczu. Od położonego na granicy Cieszyna do przejechanie pozostało mi jeszcze 300 km i 4h do meczu. Zakładałem, że to mało wykonalne, ale… Udało się! 30 min przed meczem docieram do domu. Jest radość, zmęczenie, pustka, poczucie zrobienia czegoś fajnego i pokonania własnych słabości, ale też szybkie zejście na ziemie, to przecież już koniec

Czekam na Twój komentarz

12 wypowiedzi


  1. Wawel - 20 października 2012

    Genialna relacja. Autorski pomysł na bloga? Super.

  2. beny - 27 października 2012

    Bardzo fajna relacja przedstawiona w nowatorski sposób, fajnie powspominać własne wyprawy w tamte rejony. Fajne fotki relacja jeszcze lepsza. Szerokości.

  3. jaca - 25 listopada 2012

    Chorwacja i Czarnogóra motocyklem marzy mi się od dawna. Mam nadzieje w 2013 sie uda. Albania tez ok, z tym ze tutaj ew trzeba by sie zapedzic bardziej w głab kraju. W Bośni zabrakło Sarajeva, ale ile za to było innych ciekawych miejsc.

  4. admin - 29 listopada 2012

    Ciesze się, że sie podoba :-)

    Z kosztami bywa tak, że momentami stają się ciężko policzalne wliczając to wcześniejsze zakupy, ubezpieczenia itp.

    Myślę, że 3.500 zł to budżet, w którym można ostatecznie się zmieścić. Niestety ok. 1.500 zł to koszty samego paliwa, do tego przecież jeszcze dochodzą autostrady, noclegi, wyżywienie czasem rozrywka ;)

    Mało nie jest, ale… myśle że warto.

  5. smarciu - 30 listopada 2012

    Ciekawa relacja, fajne zdjęcia i opisy z humorem :)
    Zainspirowało mnie do poczynienia planów wakacyjnych na moim maxi skuterze :)

  6. cebra - 12 lutego 2013

    Bałkany motocyklem to jest to zwlaszcza chorwacja i jej wybrzeże. Tak naprawdę Bałkany maja różne oblicza. Zarówno Czarnogóra, Chorwacja, Bośnia, Macedonia czy Albania to momentami 4 różne światy. Fajny wyjazd.

  7. spinio - 3 lipca 2013

    Bardzo fajna wyprawa i jeszcze lepszy pomysl na bloga. Pozdrawiam.

    • admin - 25 lipca 2013

      Dzięki! :)

    • Kasia - 24 października 2013

      Relacja na prawdę super! W pełni profesjonalna, ciekawa, śmieszna no i te zdjęcia! Wybieram się w przyszłym roku w te rejony więc jeszcze przydatna do tego :))
      Ja polecam z doświadczenia Toskanię… też jest bardzo pięknie tyle że sporo drożej :))
      Pozdrawiam i życzę powodzenia.

  8. plan4fun - 5 lipca 2013

    W Albanii polecam zwiedzić zabytkowe klasztory oraz np. twierdzę Rozafa. Ta monumentalna twierdza usytuowana jest na wzgórzu w pobliżu miasta Szkodra. Solidna, otoczona rzekami, była bardzo trudna do zdobycia. Obecnie twierdza udostępniona jest do zwiedzania, a z jej murów rozciągają się niesamowite widoki na okolicę. Więcej: http://www.plan4fun.pl/przewodniki/albania/atrakcje/twierdza-rozafa/10444
    Świetne miejsce.

    • admin - 25 lipca 2013

      Mam nadzieję, że ktoś skorzysta z twojej podpowiedzi! :)

  9. ruch drogowy - 16 października 2013

    Pamiętam jak kilka lat temu wracaliśmy z Dubrownika przez Bośnię i Hercegowinę. Jadąc przez tamtejsze góry utkwiła mi w pamięci droga (a właściwie to serpentyna), z rozpadającego się asfaltu na której skraju były tylko wbite tyczki wskazujące początek urwiska.

Zostaw komentarz